niedziela, 21 lipca 2013

Rozdział 6 " Pierwsze łzy"

"W sy­tuac­jach trud­niej­szych nie ocze­kujesz po­toku słów od blis­kich lecz ka­wałka dłoni i ciepłego spoj­rze­nia, które ukoją lęk. "
Czarownica


 Hermiona wylądowała przy Downing Street. Rozejrzała się dookoła i nastawiła uszy, mając nadzieję, że jej lot pozostał niezauważony. Ulice były jednak opustoszałe i dziwnie ciche. Wszędzie było  ciemno, tylko kilka latarni dawało słabe światło. Wszystko wydawało się być pogrążone w głębokim śnie.
Powietrze przesycone było intensywnym zapachem kwiatów pani Walker. Dziewczyna zachwiała się i poczuła falę mdłości. Wzięła głęboki wdech i wyjęła różdżkę.
Minęła dom Walkerów, potem jeden opuszczony, zawalający się budynek i w końcu zobaczyła swój dom.
Stał tak jak go zostawiła 1 września -  nieduży, o ciepłym kolorze, z dużymi i wyjątkowo ładnymi okiennicami. Hermiona poczuła ukłucie bólu w klatce piersiowej, więc pośpiesznie otworzyła starą, skrzypiącą furtkę i weszła na podwórko.
Było ciemno, więc dziewczyna musiała wyostrzyć wszystkie zmysły, żeby sprawdzić czy nikogo nie ma na dworze. Kiedy uznała, że jest pusto, weszła powoli na werandę i już miała otworzyć drzwi, ale się zawahała. Wytężyła słuch, ale odpowiedziała jej jedynie głucha cisza.
W korytarzu było bardzo ciemno, więc Hermiona walczyła z pokusą by zapalić różdżkę. W końcu szepnęła Lumos. Omiotła dom bladym światłem i rozejrzała się dokładnie po pokojach. Dom jednak zdawał się być zupełnie pusty.
Bała się ich zawołać, nawet jakby chciała, nie byłaby wstanie wydusić z siebie ani słowa. Przyłapała się na tym, że mocno zacisnęła palce na różdżce.
Gdy była zupełnie pewna, że nikogo tam nie ma, zdecydowała się wejść na górę. Powoli wspinała się po drewnianych schodach, ciesząc się w duchu, że nie wydają się z siebie żadnych odgłosów.
Od razu zajrzała do swojej sypialni - w pokoju nie zmieniło się zupełnie nic od jej wyjazdu. Nawet koc, który rzuciła na fotel przed wyjściem, leżał w tym samym miejscu.
Nagle usłyszała przerażający, wysoki dźwięk. Przeszył ją przejmujący dreszcz lecz wychyliła się z pokoju. Korytarz pozornie wydaje się taki sam jak przedtem. Hermiona bierze głęboki wdech, popycha lekko drzwi do sypialni rodziców i staje jak wryta.
Przez chwilę stoi tak w bezruchu, a potem kuli się, czując jak ogromna fala zimna uderza w jej klatkę piersiową.
Na ścianie widnieje napis... wykonany krwią.

Kolej na ciebie
szlamo


Hermiona z trudem przełyka ślinę, kiedy rozszyfrowuje słowa. Jej nogi same się pod nią uginają, więc podpiera się szafką. A w głowie tli się jedyna myśl - czy to krew jej rodziców?
Nagle odczuwa ogromny żal, że sama wyruszyła im na ratunek, zostawiając jedynie głupią kartkę dla Harry'ego. Jak mogła być tak głupia ? Co ona teraz zrobi? 
Chwiejnym krokiem podeszła pod ścianę - krew była jeszcze świeża, spływała po jasnej tapecie w lawendowe kwiaty.
Wtem Hermiona usłyszała ogromny huk i odwróciła się wystraszona. Przed nią stał mężczyzna, w ciemnych, długich szatach i równie ciemnej masce, o metalicznym blasku. 
Śmierciożerca.
Zatrzasnął za sobą drzwi i popatrzył na Hermionę długim, przeciągłym spojrzeniem. Potem zaczął się śmiać, a Hermiona zamarła w przerażeniu.
-Gdzie są moi rodzice? -wydukała.
-Ci z których spuściłem krew? - zapytał, wskazując ścianę.
Dziewczyna zachwiała się. Nic z tego nie rozumiała - czemu akurat jej rodzice ? Świat zaczął się rozpływać, wszystko zlewało się w jedno i przez krótką chwilę Gryfonka myślała że upadnie na chłodną posadzkę.
Znalazła w sobie jednak tyle siły, by wyciągnął przed siebie różdżkę i powiedzieć:
-Chce ich zobaczyć ! Mów gdzie są ! 
-Ty rozkazujesz...mi ?- zapytał z niedowierzaniem.
Wyciągnął różdżkę i krzyknął :
-Avada Ked...
Hermiona jednocześnie rzuciła zaklęcie obronne. Śmierciożerca wydawał się być niezadowolony z takiego obrotu sprawy. Zaczął rzucać niewerbalne zaklęcia, a Hermiona z lekkim uczuciem porażki, starała się odeprzeć niewidzialne ataki. Nie miała z nim szans, ale wciąż się nie poddawała. W końcu Śmierciożerca zatoczył się po jednej z wymian zaklęć, a ona z wykrzyknęła:
-Drętwota ! 
Czerwony strumień uderzył w pierś nieprzygotowanego mężczyzny. Hermiona cieszyła się, że nie może widzieć wyrazu jego twarzy - jedynie oczy ukazywały zdziwienie połączone ze strachem. Dziewczyna podeszła pod Śmierciożercy i zdarła maskę z jego twarzy. Rozpoznała go od razu- to był Nott. Ojciec Teodora.
Wybiegła z domu i rozejrzała się dookoła. Cisza okropnie ją przytłaczała, kiedy ona miała ogromną ochotę krzyczeć.

***

Ron siedział rozłożony na jednym z czerwonych foteli w Pokoju Wspólnym, kiedy wbiegł Harry. Na twarzy Pottera widniał strach i zmartwienie. 
Weasley podniósł się z fotela i zapytał :
-Co jest, Harry?
-Hermiona... ona zostawiła mi list. 
Rzucił przyjacielowi kartkę, z pismem Hermiony. 
-Musimy zawiadomić Dumbledore'a ! - wykrzyknął Ron.
Od razu rzucili się ku  Portretowi i popędzili z całych sił na siódme piętro. Gdy byli już przed kamiennym gargulcem, Harry wyszeptał hasło i  posąg odskoczył w bok, dając im przejście. Ściana za nim odsunęła się, ukazując spiralne schody. Harry ruszył pierwszy, a Ron biegł tuż za nim. 
W końcu stanęli przed dużymi, błyszczącymi drzwiami, a Harry złapał za kołatkę i uderzył w nie kilka razy.
Po kilku chwilach w drzwiach pojawił się dyrektor.
-Profesorze, my... nie chcieliśmy pana budzić, ale tu chodzi o Hermionę.
Dyrektor spojrzał na nich srogo i obsunął swoje okulary połówki na czubek nosa. 
-Dostała list, w którym ktoś grozi, że zabije jej rodziców. Myślę, że poleciała na miotle do swojego domu.
Dumbledore zawahał się, a potem powiedział:
-Panie Weasley, proszę odnaleźć profesora Snape'a i powtórzyć mu to, co powiedzieliście mi, a potem przekazać, że ma koniecznie pojawić się w moim gabinecie i wezwać aurorów na Downing Street w Londynie.
Ron zrobił najpierw krzywą minę, ale potem kilka razy głową i odszedł.
-Natomiast ja muszę jak najszybciej tam się zjawić, każda chwila jest na miarę złota.
-Profesorze, ja muszę polecieć tam z panem! To moja przyjaciółka ! 
Dyrektor przystanął na chwilę, ale potem kiwnął głową i razem weszli do jego gabinetu. Ciemne drzwi z hukiem zamknęły się za nimi.

Tymczasem Ron biegł z całych sił do lochów. Wydawało mu się, że nigdy tam nie dotrze, wciąż pojawiał się kolejny zakręt, potem trzeba było zejść ze schodów... Hermiona mogła w tej chwili walczyć na śmierć i życie z jakimś Śmierciożerca... Ta myśl dodała Gryfonowi sił. Chłopak zszedł do lochów i już miał zapukać do drzwi Snape'a, kiedy zza rogu wyszedł Malfoy. Minę miał beznamiętną, ale o dziwo ręce zaciśnięte w pięści. 
Ron pomyślał, że chłopak będzie miał ochotę na jakieś kpiny, gadki lub walkę, więc od razu zaczął:
-Malfoy, akurat w tej chwili nie bardzo mnie interesuje co chcesz mi powiedzieć...
Kącik jego ust drgnął, zbliżył się do Weasleya i powiedział:
-Jej rodzice są przetrzymywani przy London Eye, macie czas do północy - potem ich zabiją. A teraz... - ze zdziwieniem Ron zauważył, że Malfoy wyciąga różdżkę. - Zapomnisz kto ci to powiedział... Obliviate!
Ron poczuł dziwną pustkę, a potem spojrzał na Malfoya z rozdziawionymi ustami.
-Ja... Co tu robisz Malfoy?
Ślizgon uśmiechnął się tylko i odszedł pośpiesznie, pozostawiając Rona w zupełnej rozsypce. 

 
***
Tajemnicze postaci w ciemnych pelerynach zjawiły się przed domem przy Olwey Street. Byli to dwaj młodzi mężczyźni, o bardzo przerażającym wyglądzie. Jeden z nich nasunął maskę na twarz, a drugi wyjął różdżkę z kieszeni i dotknął swoje ramienia, na którym był Mroczny Znak.
Wielka żelazna brama otworzyła się przed nimi, dając im wolną drogę. Bez pośpiechu przeszli przez nią i weszli do niewielkiego dworu. 
Po minięciu drzwi zauważyli, że w domu jest wyjątkowo cicho, chociaż z salonu dobiegał cichy szept. Jeden z mężczyzn popchnął swojego towarzysza i skinął w stronę salonu, dając mu znak, żeby szedł pierwszy. 
W salonie było bardzo ciemno, jedyne światło dawał niewielki kominek po lewej stronie. Przy nim stał duży fotel, odwrócony tyłem do przybyłych mężczyzn. 
Obok fotelu stał skulony Glizdogon i szeptał coś zawzięcia do swojego pana. Mężczyźni zawahali się, po czym jeden z nich odchrząknął.
-Panie... Przybyliśmy z nowymi wieściami.
-Tak ?- usłyszeli cichy, słaby szept.
-Nott postanowił działać na własną rękę. Porwał Grangerów i ukrył ich gdzieś nieopodal London-Eye. 
-Głupiec. Zabiją go.
Cisza, żaden z mężczyzn się nie odezwał.
-A dziewczyna?
-Pojawiła się przy Downing Street i szukała swoich rodziców, Nott się nią zajął.
-Zabił?
Mężczyźni spojrzeli po sobie.
-Nie...
-Widzieliście jak wychodził z domu ? 
-Nie.
-To skąd wiecie, że się nią zajął ? Skąd wiecie, że mu się udało?
Jeden z mężczyzn przełknął głośno ślinę. Drugi natomiast odpowiedział:
-To tylko uczennica, ona...
-JEST W STANIE GO ZABIĆ ! A wy zostawiliście go samego ! 
Voldemort wstał i podszedł pod nich.
-Moi słudzy są tacy bezużyteczni... Szkoda.
Zielone światło zapaliło się już niepierwszy raz w tym oknie.
 
***

Hermiona stała samotnie przed swoim domem. Na bezchmurnym niebie widać było jaśniejący księżyc. W innych okolicznościach Hermiona na pewno stwierdziłaby, że jest piękny. Lecz w tamtym momencie patrzyła na niego z niewyobrażalnym smutkiem i goryczą.
Nagle zupełnie znikąd pojawił się Harry z Dumbledorem. Dziewczyna pobiegła do chłopaka i przytuliła go z całych sił, starając się nie wybuchnąć płaczem.
-Harry, oni... moi rodzice...
-Wiemy gdzie są - wyszeptał Potter.
Hermiona podniosła zaskoczona wzrok i odsunęła się od przyjaciela.
-To co my tu robimy? Profesorze Dumbledore...
-Panno Granger, myślę, że najlepiej będzie jeśli pani tu zostanie i poczeka aż aurorzy po panią przyjdą. Poleci pani z nimi do zamku... Myślę, że wysłano nawet Nimfadorę...
-Ale ja nie mogę tutaj bezczynnie sterczeć, kiedy oni są gdzieś przetrzymywani... 
-Zajmiemy się tym, spokojnie - odpowiedział Dumbledore surowym i stanowczym głosem.
Dziewczyna nie mogła uwierzyć w to co słyszy. Spojrzała na Pottera.
-Harry...
-Nie, Hermiono. Zostań tutaj. Obiecuje, że nic im się nie stanie.
Powiedziawszy to, odwrócił się od Gryfonki i spojrzał znacząco na dyrektora. Ten podał mu swoje ramię. Chłopak przez chwilę się wahał, ale odwrócił się - rzucił Hermionie ostanie spojrzenie i złapał dyrektora za ramię. Oboje zniknęli tak szybko i niespodziewanie jak się pojawili.
Hermiona została sama. Zawiał zimny wiatr, rozrzucił jej włosy i rozchylił kurtkę, ale ona o to nie dbała. Mogła myśleć jedynie o swoich rodzicach. 
Nie miała nawet pojęcia dlaczego ktoś mógłby się na nią uwziąć... Ciężko było jej znaleźć odpowiedź na jakiekolwiek z pytań tłoczących się w jej głowie.
Miała nadzieję, że aurorzy zaraz się pojawią i będzie mogła stąd odlecieć. 
Odlecieć.
Czemu nie pomyślała o tym wcześniej ? Miała miotłę, aurorów jeszcze nie ma, a Harry z Dumbledorem są przy London-Eye. Mogłaby tam polecieć, uratować swoich rodziców, pomóc dyrektorowi. On nie ma prawa wykluczać jej z misji ratunkowej, która dotyczy jej rodziców. 
Pobiegła pod werandę i złapała za miotłę. Chciała na nią wsiąść, kiedy nagle usłyszała zimny głos dochodzący z ulicy.
-Gdzieś się wybierasz, Granger?

***

Wylądowali na Forum Magnum Square, skąd mieli doskonały widok na London-Eye. Mimo że było późno, na ulicach było bardzo tłoczno, a po chodniku wciąż przechodzili ludzie. Harry był zaskoczony, że nikt ich nie zobaczył.
-Żeby zobaczyć magię, trzeba wiedzieć gdzie spojrzeć...-powiedział zagadkowo dyrektor i zaczął iść w stronę London-Eye.
Harry pomyślał o słowach Stana Shunpike'a - "Mugole są ślepi" i nie potrafił się z nim nie zgodzić. 
Idąc tak, pomyślał o Hermionie - pierwszy raz w życiu widział ją taką przerażoną. Ona nigdy nie wiedziała, jak to jest kiedy ktoś porwał twoich bliskich. Kiedy Harry myślał, że porwali Syriusza, dziewczyna zachowała spokój i zdrowy rozsądek, radząc mu znaleźć jakieś inne wyjście, ale kiedy sama doczekała takiej sytuacji, nawet ich nie powiadomiła - od razu złapała za miotłę i wyruszyła do Londynu. 
Harry pomyślał przez chwilę, że zawsze uważał, że zna Hermionę, ale to jakim się jest, poznaje się dopiero w trudnych sytuacjach. Tak jak w tym momencie. 
Potter musiał otrząsnąć się z tych ponurych myśli, gdyż doszli pod Jubilee Gardens. Dyrektor wyjął różdżkę i wskazał na London Eye - przy samym młynie, na rzece pływała stara łódka, w której leżały dwa ciała. Harry pobiegł pod nią, ale na drodze pojawił się szereg Śmierciożerców.
-Drętwota ! - krzyknął Harry.
Jeden z nich padł, ale kolejni dołączyli do grupy. Dumbledore stanął obok Harry'ego i krzyknął :
-Incendio!
Ogień. Wszędzie ogień - pomyślał Harry.

***

-Co ty tu robisz? -zapytała piskliwie.
Wciąż stała przy werandzie i patrzyła na Ślizgona, który wszedł powoli na podwórko. Hermiona zauważyła, że wciąż ma na sobie tą czarną marynarkę, którą miał na obchodzie. Jego twarz jaśniała w ciemnej nocy i niesamowicie kontrastowała z jego ubraniami. 
Coraz bardziej zbliżał się do niej, a ona nie wiedziała co począć.
-Nie podchodź - powiedziała słabo.
Wciąż trzymała różdżkę w dłoni, gotową do ataku. Chłopak podchodził jednak bliżej i bliżej, a ona nie mogła oderwać się od jego wzroku.
Widziała w jego oczach coś innego... połączenie tego chłodu, do którego się przyzwyczaiła, z czymś w rodzaju smutku. 
Skarciła się w duchu, że choćby tak pomyślała, ale jego spojrzenie były niesamowicie głębokie. Patrzył na nią tak, jak na nikogo innego i Hermiona musiała przytrzymać się ściany, żeby nie upaść. Kiedy był już zupełnie blisko - tak, że dzieliły ich centymetry, Hermiona szepnęła:
-Nie odpowiedziałeś.
Była prawie pewna, że zauważyła jak lekko się uśmiecha. Nie wiedziała, czy to wzrok płata jej figle czy tak było naprawdę. 
-A jak myślisz, po co tu jestem, Granger? Myślałem, że po kim jak po kim, ale po tobie można spodziewać się trochę rozsądku.
-Chcesz mi...coś zrobić? -zapytała cicho.
Jego twarz zmieniła się tak szybko - Hermiona nie mogła jednak rozpoznać targających nim emocji, a potem znów patrzyła na beznamiętnego Malfoya.
-Powinnaś mi bardziej ufać, Granger - powoli przeciągał sylaby.
Hermionę przeszył dreszcz, kiedy to usłyszała. Mocniej zacisnęła palce na różdżce i nagle poczuła, że on dotyka jej dłoni. Powoli...delikatnie...dotknął jej palców, a potem jakimś cudownym sposobem sprawił, że rozluźniła uścisk i puściła różdżkę.
Poczuła, że po policzkach spływają jej łzy i nie wiedziała dlaczego. Dlaczego po tym wszystkim co się stało rozkleiła się dopiero przy nim? Było jej okropnie wstyd, kiedy przejechał wzrokiem od jej oczu, przez policzki, aż po brodę.
Nie miała siły nawet ich wytrzeć. Zauważyła coś w jego oczach... przebłysk...współczucia? Nie, to nie mogło być to...Nie odzywał się, chociaż widziała, że chce coś powiedzieć.
 Pierwszy raz płakała na jego oczach.
-Nie mam żadnych powodów, żeby ci ufać Mafloy. Nie potrafię. Nie tobie. 
On odsunął się od niej i przez chwilę można było zauważyć, że się waha. Potem jednak wyciągnął różdżkę i szepnął:
- Drętwota!
Nie miała szans, żeby się bronić. Ze zdziwieniem i strachem wypisanym na twarzy, padła na trawę.

************************
Rozdział zadedykowany dla kochanej Emmy Avis - ślęczałam nad komputerem kilka godzin, bo powiedziałaś mi " pisz szybko" :) 
Kocham cię ! Piszę między innymi dla ciebie !

6 komentarzy:

  1. Znalazłam tego bloga dopiero dzisiaj i jestem pod wrażeniem ;D szkoda, że przerwałaś w takim momencie jestem strasznie ciekawa co Draco tam robił i czy rodzice Hermiony zginą?
    dodaję Cię do czytanych i zapraszam również do siebie na :
    http://wspomnienia-smierciozercy.blogspot.com/

    pozdrawiam Avad ka ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję Kochana !!!! <3 Kocham Cie !! :D Ale zawalisty rozdział :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Czadowy rozdział ! Pełen akcji i w ogóle. Bardzo mi się spodobał wątek, kiedy to Draco rozmawiał z Hermioną. Tylko nie wiem jaki miał w tym cel, żeby rzucić na niego Drętwotą. Hm... Pewnie dowiemy się o tym w następnym rozdziale.

    Co do zdania "Kolej na ciebie szlamo" to się przeraziłam nie na żarty. Aż dostałam gęsiej skórki.

    Już nie mogę doczekać się następnego rozdziału :)

    Jeszcze dzisiaj dodam Twojego bloga to tych, w których bywam :)

    Powodzenia i życzę weny !

    Pozdrawiam !

    ~ Pure - Blood Princess

    OdpowiedzUsuń
  4. cudo!
    Aż tylko mi się chciało, by Malfoy jak na gentelmena przystało otulił Herm kurtką :) czekam na next!

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeny, Świetny rozdział.
    Tak strasznie się boję, co się stanie rodzicom Hermiony :c
    A Draco taki jakiś szarmancki się zrobił!

    Ja też dodam do listy blogów, które czytam ;)

    Pozdrawiam.
    Nadya.

    http://hermionadracoocaleni.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Cudo! Naprawdę piszesz coraz lepiej, a treść jest powalająca. Malfoy cały czas mnie zastanawia. Nie potrafię go przejrzeć.

    OdpowiedzUsuń